|
Archiwum
O autorach
Ostatnie notki
Zakładki:
Blogi
Partia Demokratyczna
Warto zajrzeć
|
sobota, 09 sierpnia 2008
Blogowa reinkarnacja
Nie trzeba być szczególnie spostrzegawczym, by zauważyć, że przez dłuższy czas nic nie działo się na tym blogu. Ci, którzy mieli ochotę się wypowiedzieć, pewnie zwrócili uwagę na zablokowanie możliwości komentowania. Powodem jest nic innego jak bezterminowe zawieszenie niniejszego bloga. Może kiedyś go reaktywuję, a może nie. W każdym razie, teraz zapraszam na nowy adres: www.bajlajn.wordpress.com
niedziela, 13 lipca 2008
Do Prof. Geremka
Drogi Panie Profesorze, Moje ego nie urosło do takich rozmiarów, by podejrzewać, że mógłby mnie Pan pamiętać. Spotkaliśmy się dwukrotnie w Brukseli w zeszłym roku. Wspomniałem Panu wtedy o blogu szeregowego członka Partii Demokratycznej. To właśnie on. Przed chwilą zamieściłem na nim tekst o Pańskiej śmierci. Nigdy przedtem nie wyobrażałem sobie, że będę kiedyś o niej pisał. Zamiast tego wolałem naiwnie wierzyć, że zawsze będziemy mogli liczyć na Pańskie mądre oceny i analizy. Że to niemożliwe, aby Pana kiedykolwiek zabrakło. Dlatego właśnie tak trudno zmierzyć się z tą wiadomością. Wiele Pan w życiu przeszedł. Podnosił się Pan po licznych kopniakach, których nie szczędzili przez lata przeciwnicy. Zarazem znajdował Pan siłę, aby nie tylko wznosić się ponad osobiste urazy, do których przecież miałby Pan prawo, ale także nie ustawał w pracy nad sobą, której efekty służyły potem całemu społeczeństwu. Prawdą jest, że nie zawsze Pańskie działania były należycie oceniane. Zadziwiała w Panu natomiast piękna wiara w słuszność sprawy, której Pan służył, a było nią umacnianie pozycji Polski na świecie i kształtowanie normalnego (jakkolwiek trywialnie brzmiałby ten wyraz) europejskiego kraju. Nie mógłbym nawet próbować ułożyć pełnej listy Pańskich osiągnięć i spraw, którym przez długie lata poświęcał swoją pracę. To zadanie dla biografów, którzy, mam nadzieję, dokonają pewnego dnia rzetelnej analizy pięknego życia. W mojej pamięci zachowam natomiast obraz człowieka niebywałej klasy, jasnego umysłu i przepełnionego głębokim szacunkiem dla innych. Był Pan wspaniałym Europejczykiem, a nasz kontynent powinien być dumny z ludzi takich jak Pan. Nawet jeśli niewielu może się z Panem równać. Z wyrazami szacunku, Smutek
Przykro pisać pierwszą notkę po długiej przerwie w tak smutnych okolicznościach. Śmierć profesora Bronisława Geremka była i jest dla mnie wydarzeniem tragicznym. Odszedł dziś wspaniały człowiek, moim zdaniem jedna z najwybitniejszych (najwybitniejsza?) postaci ostatnich pięćdziesięciu lat. Mój stosunek do profesora był zawsze bardzo osobisty, więc przepraszam za prywatę w niniejszej notce, ale inaczej o nim pisać nie potrafię. Dorastałem w niezbyt może rozpolitykowanym domu, choć mimo to profesor Geremek zawsze był w nim obecny. Przy okazji kolejnych wyborów, ważnych momentów dziejowych i bieżących wstrząsów politycznych. Przez lata stał się dla mnie wzorcem polityka (obok F.D. Roosevelta), prawdziwym mężem stanu, o których, jak wiele razy się przekonaliśmy, wcale nie tak łatwo. Tym bardziej jestem dumny, że wreszcie po latach podziwiania jego dokonań mogłem go spotkać. Rok temu w Brukseli udało mi się spytać osobiście o jego zdanie w sprawie tarczy antyrakietowej, a wieczorem wraz członkami PD i SDPL zjedliśmy kolację. Podczas dwóch krótkich spotkań zapamiętałem jego rozległą wiedzę na każdy niemal temat połączoną z ciągłym nienasyceniem i ciekawością świata. Profesor był człowiekiem pełnym ciepła i szacunku, a zarazem odznaczającym się manierami najwyższej próby. Znakomicie wykształcony, pełen rozwagi i życiowej mądrości, a zarazem człowiek pełen klasy i taktu. Mówił biegle czterema językami obcymi (po angielsku, francusku, niemiecku i włosku). Idealny materiał na dyplomatę, nic dziwnego, że jako taki wspaniale się sprawdził. Gdyby nie jego wielkie osiągnięcia Polska byłaby innym krajem. Swoimi kontaktami dyplomatycznymi i umiejętnością prowadzenia mądrej polityki zagranicznej wspomógł wejście do NATO i Unii Europejskiej. Był prawdopodobnie najbardziej wpływowym na arenie międzynarodowej polskim politykiem. Jako poseł do Parlamentu Europejskiego pełnił ważne i prestiżowe funkcje (odpowiadał m.in. za kontakty UE ze Stanami Zjednoczonymi i Rosją). Między innymi profesorowi Geremkowi zawdzięczamy przeprowadzenie Solidarności przez najbardziej burzliwy okres w latach osiemdziesiątych. Podczas wydarzeń sierpniowych poniósł wielkie zasługi dla umocnienia związku. Wraz z Tadeuszem Mazowieckim był wówczas jego intelektualnym zapleczem. Potem był okrągły stół, wielkie osiągnięcie polskiego społeczeństwa, bezkrwawy przewrót, którego często nie potrafiliśmy docenić. Klika lat później współtworzył obowiązującą obecnie Konstytucję z 1997 roku. Profesor Geremek pięknie dowodził swoim życiem jak można zarazem być Polakiem i Europejczykiem. Sam był gorącym polskim patriotą, który poświęcił swoje życie na służbę swojemu krajowi. Niewielu jest w stanie zdobyć się na podobną postawę. Profesor Bronisław Geremek zasługuje na własne muzeum, a przynajmniej solidną książkę biograficzną. To tylko skromna notka na niewielkim blogu i nie jestem w stanie zawrzeć tu wszystkiego, co powinienem. Proszę o wyrozumiałość, ale tym krórkim tekstem chciałem przekazać tylko tyle, że jest mi bardzo przykro.
czwartek, 28 lutego 2008
Moczary
Są takie postaci, które nikogo nie pozostawiają obojętnym. Sam dźwięk ich nazwisk wywołuje różne, najczęściej skrajne, emocje. W Polsce, w której o jednych można mówić wyłącznie dobrze (Jan Paweł II), a o innych tylko źle (Jerzy Urban) są i tacy, którzy wciąż silnie antagonizują społeczeństwo. Wczoraj Kraków odwiedził Adam Michnik, pomnik podziałów, które nadal przebiegają wśród Polaków. Jestem Ci, Czytelniku, winny ostrzeżenie. Jeśli oczekujesz z mojej strony obiektywizmu, nie czytaj tego tekstu, bo i nie znajdziesz go tutaj, obiecuję. Nie potrafię bowiem o Adamie Michniku pisać obiektywnie. Od kiedy pamiętam miał i nadal ma na mnie ogromny wpływ, zbyt wielki, by udawać obojętność i chłodne spojrzenie, mimo że nie dane mi było dorastać w czasach jego walki. Dla mnie i ludzi mojego młodego pokolenia Adam Michnik jest raczej kimś, kto doradza, podpowiada i recenzuje. Spotkanie w Klubie pod Jaszczurami, co było do przewidzenia, zgromadziło tłumy. Starałem się dotrzeć do Rynku jak najwcześniej licząc (dość naiwnie) na jakieś miejsce, ale przy wejściu prawie na godzinę przed rozpoczęciem usłyszałem, by przejść do drugiej sali, bo w pierwszej już nie ma gdzie usiąść. Nie powinno być też zaskoczeniem, że na spotkaniu związanym w dużej mierze z nową książką "W poszukiwaniu utraconego sensu" (polecam!) zjawili się nie tylko sympatycy autora. Długi czas odpowiadał więc na zarzuty, których logikę pozwolę sobie przemilczeć. Wolę napisać o odpowiedziach na powtarzane w kółko od lat pytania. Na rzucone w większej grupie hasło "Adam Michnik" otrzymujemy niemal natychmiastowy odzew "okrągłostołowa zdrada", "sojusz różowych z czerwonymi" etc. Choćby nie wiem, ile razy przypominano np. że Michnik swoich słynnych "ludzi honoru" odwołał (jest wielce prawdopodobne, że w komentarzach ten temat przywoła jakiś besserwisser) ta i podobne kwestie będą wracały. Specyfiką polskiego społeczeństwa jest niemal martyrologiczny fetyszyzm. Do najbardziej celebrowanych rocznic nie należą te, które upamiętniają wydarzenia, które w polskiej historii okazały się najbardziej fortunne jak upadek komunizmu czy wejście do Unii Europejskiej. Popularniejsze są śmierć poprzedniego papieża i powstanie warszawskie, a więc pamięć o stratach, nie zyskach. Ostatnio szczególnie modne jest ogłaszanie w umiarkowanie uzasadnionych przypadkach żałoby narodowej. Ta sama masochistyczna logika zdaje się kierować tymi, którzy nieustannie podważają autorytet choćby właśnie Adama Michnika. Wielu nie może pogodzić się z myślą, że nie wszystkie pomniki należy zwalać z cokołów. W polskiej świadomości zaistniał on niemal dokładnie czterdzieści lat temu. Tyle właśnie minie od "wydarzeń marcowych", podczas których to najgorszego autoramentu komuniści w postaci Gomułki i Moczara wzięli na celownik właśnie Michnika czy Kuronia. Dziś bardzo podobnym językiem przemawiają ludzie spod znaku mniej lub bardziej radykalnej prawicy, a więc ci, którym powinien on być szczególnie obcy. To właśnie Gomułka zza grobu przemawia ustami tych, którzy wołają o "Gazecie Koszernej" i to właśnie Moczarem natchnieni są ci, którzy przeciw Michnikowi mają głównie członkostwo jego rodziców w Komunistycznej Partii Polski. Do najbardziej ogranych należą zarzuty o sprzeciwie Michnika wobec lustracji i ujawniania prawdy o zbrodniach komunizmu. Sprzeciw ten jest w dużej mierze wymysłem autorów wspomnianych zarzutów. "Pod Jaszczurami" Michnik przypomniał jeszcze raz, że nigdy nie był zwolennikiem niepamięci (dziwne, że ci, którzy pamiętają "ludzi honoru" zapominają o "amnestia - tak, amezja - nie"), choć, jak sugeruje doświadczenie, pewnie do niewielu jego odpowiedź trafiła. Tym, co proponuje Michnik jest budowa Polski, w której nikt nie byłby wykluczony, jest przeciwnikiem nakręcania spirali prześladowań. Sam kiedyś był ich ofiarą i zrezygnował z prawa odwetu, nie bije się więc w cudze piersi, w przeciwieństwie do np. Macieja Rybińskiego ("Rzeczpospolita", "Wprost"), który, podczas gdy Michnik siedział w więzieniu, znajdował się bezpiecznie we Francji. W oczach zwolenników rewolucji moralnej błędem jest budowanie, nie burzenie. Tymczasem w filozofii wyznawanej przez Adama Michnika widać wyraźnie spójność i konsekwencję. Powinni o tym pamiętać zwłaszcza ci, którzy chcą widzieć tylko zbrodnie czerwone z pominięciem czarnych. Michnikowi wypomina się, że ujmuje się za przebaczeniem dla byłych komunistów, ale tym samym pamiętajmy, że apelował on też o niesądzenie Pinocheta, który w podłości wcale im nie ustępował. Ważne jest jednak, że i polscy komuniści, i Pinochet uznali swoją porażkę w pokojowy sposób oddając władzę. Czy nie o przyznanie się do błędu tak często wołają zwolennicy rozliczeń? Czym innym jest ustąpienie ze stanowiska i oddanie władzy opozycji? To, co czytasz, Czytelniku, to tylko wpis na blogu, nie książką, na którą Adam Michnik bez wątpienia zasługuje. Kiedyś ją napiszę. Dziś natomiast proszę o wybaczenie, że żadnego wątku nie pogłębiłem wystarczająco. Jestem przygotowany, że w komentarzach przeczytam, że napisałem "wazeliniarską laurkę" (cytuję z pamięci jedną z dawnych opinii), co tak naprawdę niewiele mnie obchodzi. Z biegiem lat krytyka pod adresem Michnika wydaje się nasilać, zwłaszcza w Internecie, który daje nieprawdopodobną możliwość napisania największych bzdur bez najmniejszego namysłu. Takie są pewnie konsekwencje przejęcia klawiatury przez wychowanków Waldemara Łysiaka, Stanisława Michalkiewicza i Rafała Ziemkiewicza, którzy nie potrafią sklecić zdania bez słów "Adam Michnik". Ich prawo, zostawmy obsesjonatów, a jeśli już nie umiemy ich zostawić, dopuśćmy do głosu choć przez chwilę myśl, że oprócz political-fiction istnieje również realny świat.
sobota, 23 lutego 2008
La danse des canards
Minęło symboliczne sto dni rządu Donalda Tuska, co najbardziej zainteresowało Jarosława Kaczyńskiego, który był uprzejmy zauważyć, że Polska to jeszcze nie Irlandia. Za to spostrzeżenie, podobnie jak za dzisiejszą konwencję PiS, szczególnie powinien być wdzięczny obecny premier. Brat Jarosław przypomniał dziś swoim wyborcom (a więc, wg Jacka Kurskiego, "ciemnemu ludowi") retorykę, o której społeczeństwo zdążyło już trochę zatrzeć się w powszechnej świadomości. Znowu więc PiS na coś tam "nigdy się nie zgodzi", "tylko PiS", a "kiedy już Platforma skończy rządzić", to pisowcy na nowo zaczną ożywiać truchło IV RP. Poprzedni (świadomość przemijania bywa piękna) premier znów uderzył w mocny ton zajmując lukę, jaka na politycznym rynku bełkotu wytworzyła się po Andrzeju Lepperze. Tymczasem rząd Donalda Tuska można krytykować zupełnie merytorycznie, o czym pewnie brat Jarosław nie wie lub wiedzieć nie chce. Podstawowe niedociągnięcia obecnej władzy nie dotyczą wcale liczby zgłaszanych ustaw. Na zachodzie Europy paralementy również szanują papier nieco bardziej niż jeszcze niedawno pisowska władza. Liczba ustaw nie jest żadnym miernikiem jakości prac Sejmu, choć jest to niezły argument socjotechniczny. Wystarczy przypomnieć sobie czasy największych absurdów IV RP. Władza PiS rzeczywiście należała do dość płodnych pod względem zgłaszanych projektów. Do moich ulubionych należą pomysły intronizacji Jezusa na króla Polski i całkowitego zakazu aborcji, która w Polsce jest i tak niemal niemożliwa (by wspomnieć choćby sprawę Alicji Tysiąc). Po stu dniach obecnego rządu z żalem muszę przyznać, że obecny premier nie dotrzymał obietnic z kampanii wyborczej. Platforma Obywatelska pozornie jawiła się jako przeciwieństwo PiS, miała być partią nowoczesną i proeuropejską. Niestety pod pewnymi względami niewiele się zmieniło. Obecny rząd (podobnie jak poprzedni) odrzucił Europejską Kartę Praw Podstawowych, dokument, który jest niezwykle istotny dla procesu dalszej integracji krajów UE. Europejska Karta Praw Podstawowych miała zagwarantować ochronę tych samych przywilejów wszystkim obywatelom Europy. Warunkiem jej wejścia w życie (teoretycznie 1. stycznia 2009 r.) jest ratyfikacja przez wszystkie kraje członkowskie. Naturalnie głównym hamulcowym są (jak zawsze) środowiska kościelne. Sprzeciw wobec Karty zgłaszały już za kadencji brata Jarosława rozmaite stowarzyszenia zrzeszające ludzi myślących kazalnicą. O ile jednak po władzy PiS można było się spodziewać niechęci wobec integracji europejskiej, o tyle na Platformę Obywatelską głosowali ci wyborcy, którzy oczekiwali wreszcie pchnięcia kraju na tory normalnego europejskiego rozwoju. Zwłaszcza, że ratyfikacja Karty była jedną z przedwyborczych obietnic PO. Platforma Obywatelska nie wprowadza też własnej reformy finansów, opierając się na projekcie swojej byłej członkini, Zyty Gilowskiej. Od kilku lat pokutuje opinia jakoby to właśnie PO była tą jedyną "rozsądną ekonomicznie" partią. Ten wizerunek, prawdziwy jak moneta trzyzłotowa, przyciągnął wielu wyborców, którzy uciekali przed pisowskim rozpasaniem ekonomicznym. Tymczasem okazało się, że zwycięstwo PO nie przyniesie większej zmiany w gospodarowaniu publicznym, a więc naszym, groszem. Donald Tusk zapowiedział ostatnio, że w roku 2010 wprowadzi podatek liniowy. Dlaczego akurat wtedy? Trudno powiedzieć, wiadomo za to, że ta zapowiedź także nie zostanie zrealizowana. Rok 2010 to wybory prezydenckie, w których startować będzie także obecny premier. Wprowadzenie podatku liniowego nie byłoby decyzją zbyt popularną społecznie, nie wierzę, by Donald Tusk ryzykował tu być może swoją ostatnią szansę na zostanie prezydentem. Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi napisałem, że Platforma Obywatelska to taka ładniejsza wersja PiS. Żałuję, że miałem rację. Niestety oprócz warstwy estetycznej mamy władzę, która różni się od poprzedniej tylko trochę. PO kontynuuje znaczną część działań PiS. Premier Tusk w wywiadzie dla "Przekroju" przyznał, że popiera prowokacje CBA, które dla ręcznie sterowanego wymiaru sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry były szczególnie ważne. Sam rząd PO przejmuje część rozwiązań po PiS i po cichu wprowadza je w życie. Politycy PO prezentują wobec Kościoła ugodową postawę, co tylko pobudza (o ile można bardziej) apetyt jego hierarchów. Opakowanie tego wszystkiego jest rzeczywiście ładniejsze, bardziej cywilizowane niż za PiS, ale zawartość w dużej mierze podobna. Być może więc pomruki niezadowolenia ze strony Jarosława Kaczyńskiego to po prostu głos zazdrości? Kisielewski o "Matriksie"
Zastanawiałem się czy wspominać o dziecinadzie, jaką uprawiały PiS i PO ze swoimi "Matriksami" i "Seksmisjami". Uznałem jednak, że lepiej będzie, jeśli wstrzymam się od komentarza. Parafrazując Kisielewskiego, dyskutowanie z głupotą niepotrzebnie ją nobilituje.
czwartek, 21 lutego 2008
Obsesja prawicy
Premier Tusk próbuje wcisnąć nam swój pomysł sprzed czterech lat. Chodzi o zmianę Konstytucji. Gdy jeszcze PO i PiS były "partiami sojuszniczymi" jedni i drudzy forsowali swoje projekty zmian. Jak widać nie ma w Polsce prawicy bez ambicji zmiany zasad ustrojowych. Premier argumentuje, że władza wykonawcza w Polsce jest "chora, bo dwugłowa". Jego zdaniem należy polski system pchnąć w stronę systemu prezydenckiego lub kanclerskiego, tak by albo prezydent, albo premier mieli zdecydowaną przewagę w podejmowaniu decyzji. Rozkład siły głosu pozwala tymczasem zakwalifikować Polskę do najbardziej zrównoważonych i stabilnych systemów politycznych na świecie. Pozwala zabezpieczyć najważniejsze kierunki polityki państwa przed nagłymi (i szkodliwymi) zmianami. Polską specyfiką jest, że co kilka lat wybory wygrywa największa dotąd partia opozycyjna. Tak wygrywał AWS, potem SLD, PiS i teraz PO. W praktyce takie nagłe zmiany preferencji wyborców mogą oznaczać kompletne przemeblowanie na scenie politycznej, a w konsekwencji zarzucenie najważniejszych reform. Sposób prowadzenia kampanii wyborczej nie gwarantuje w żadnym razie, że do władzy dojdą ludzie z najlepszymi pomysłami na naprawę państwa. Ostatnio widzimy raczej wskazanie na pustosłowie w stylu "Zlikwidujemy korupcję" czy "Obywatel IV RP", cokolwiek to znaczy. Niestety części sfrustrowanych wyborców podobają się slogany o fundamentalnej przebudowie. Opieranie przewagi wyborczej na rozczarowaniu zapowiada raczej politykę w stylu Zbigniewa Ziobry niż zajmowanie się realnymi problemami. Rządy PiS trwały dwa lata, czyli o dwa za długo, jeśli wziąć pod uwagę liczbę spraw, które premierzy Marcinkiewicz i Kaczyński zdążyli przez ten czas popsuć. System polityczny Polski jest zrównoważony, a więc prezydent stanowi przeciwwagę dla rządu i odwrotnie. Sytuacja, którą znamy z czasów rządów braci Kaczyńskich nie należy do normalnych. Normalnie jest teraz, gdy mamy kohabitację. Prezydent jest z jednego obozu, premier z innego, choć pod pewnymi względami podobnego. Na takie właśnie rządy została obliczona Konstytucja. podwójne wybory w 2005 roku przyniosły władzę niemal monolityczną, scementowaną dodatkowo rodzinnymi powiązaniami. Bez dwóch braci na najwyższych stanowiskach w kraju jedna władza równoważyłaby drugą. Rzeczywistość po 2005 roku byłaby na pewno choć trochę bardziej znośna. Niestety musimy liczyć się z tym, że pewnego dnia do władzy wrócą nowi bracia Kaczyńscy lub inni podobni im niebezpieczni populiści. Być może pewnego dnia wicepremierami znów będzie trzeba tytułować jakiegoś nacjonalistę czy przestępcę. Pomysł Donalda Tuska, gdyby został zrealizowany, mógłby przekazać w ręce np. nowego Romana Giertycha znacznie większą władzę niż dotychczas. Mógłby też znacząco wspomóc jakiegoś kolejnego Lecha Kaczyńskiego, który przecież kilka lat temu też domagał się zwiększenia kompetencji prezydenta. Motywacją Donalda Tuska są oczywiście jego prezydenckie aspiracje. Premier powinien jednak mieć na uwadze, że w roku 2010 historia może się powtórzyć i wybory może wygrać np. Zbigniew Ziobro, któremu pan dyrektor Rydzyk już obiecał poparcie. Obecna Konstytucja stawia na wzajemne kontrolowanie się przez wszystkie trzy rodzaje władzy. Ani parlament, ani rząd czy prezydent, ani Trybunał Konstytucyjny nie mają zdecydowanej przewagi, dzięki czemu kraj jest względnie odporny na wstrząsy polityczne. Wyjątkiem są naturalnie podwójne wybory, które, jak widzieliśmy, tworzą spore ryzyko patologii. Żadna zmiana w ustawie zasadniczej jednak przed podobnym ryzykiem nie uchroni, może uczynić je co najwyżej bardziej prawdopodobnym. To prawda, że obecnie prezydent może wetować każdą ustawę, jaką chce, co rządowi Donalda Tuska znacznie utrudnia sprawowanie władzy. Parlament ma jednak możlwość jego weto odrzucić, o czym premier dyskretnie milczy. Wymaga to stosownej większości, a w konsekwencji pewnie i zmiany projektu ustawy, tak aby zadowolić posłów z innych klubów, ale to właśnie w ten sposób prawo staje się bardziej reprezentatywne. Droga do rządów prawa wiedzie przez społeczną akceptację. Jeśli rząd stworzy ustawy nie tylko z klubami koalicyjnymi, prawo będzie też bardziej demokratyczne. Obecna Konstytucja na takie właśnie tworzenie prawa wskazuje. Nie widzę powodu, by odbierać głos mniejszym klubom (które przecież także kogoś reprezentują skoro znalazły się w parlamencie), a tym samym zabierać wpływ na państwo wielu grupom społecznym.
środa, 20 lutego 2008
Piekło zamarza
Kiedy jeszcze w poprzednim blogu pisałem o śmierci Augusto Pinocheta (którego uważam niezmiennie za postać w najwyższym stopniu haniebną i godną potępienia), niektórzy czytelnicy zarzucili mi, że zwracam uwagę tylko na zbrodnie prawicowych reżimów pomijając przewinienia lewicowych przywódców. Nie trzeba było czekać tak długo, by nadarzyła się okazja do napisania kilku słów o najtrwalszym chyba pomniku komunizmu w Ameryce Łacińskiej. Wczoraj zamarzło piekło. Władzę oddał Fidel Castro, który rządził Kubą niepodzielnie przez czterdzieści dziewięć lat. Od razu pojawiły się wątpliwości czy el Comandante żyje, czy też ludzie kręgów kubańskiej władzy starają się zapobiec ewentualnym rozruchom społecznym tając jego śmierć. Niezależnie od statusu ontologicznego Castro największą szansę na przejęcie po nim władzy ma jego brat, Raul, co oczywiście nie zwiastuje dla Kubańczyków niczego dobrego, bo rządy braci przeważnie przynoszą więcej szkody niż pożytku. Prawdopodobnie będzie więc Raul symbolem ciągłości dotychczasowej polityki swojego kraju. Oczywiście, może być i tak, że stery przejmie ktoś zupełnie inny, bo sam Fidel nie wskazał następcy. Możliwe więc, że nowym prezydentem zostanie ktoś bardziej charyzmatyczny niż radykalnie proradziecki Raul, kto podjąłby się zakonserwowania komunizmu na wyspie. Kubę czeka teraz próba stabilności. Bez Fidela Castro, twarzy rewolucji i ostatniego przywódcy zimnej wojny, do głosu mają wreszcie szansę dojść ruchy demokratyczne. Fidel Castro miał przeważnie lepszą prasę niż inni dyktatorzy Ameryki Łacińskiej, co nie znaczy, że jego władza była mniej szkodliwa. Liczba kubańskich emigrantów, którzy uciekli przed opresyjną rzeczywistością komunistycznej władzy jest trudna do oszacowania. Dramat Ameryki Południowej polega przede wszystkim na jej niestabilności. Społeczeństwa Kuby, Wenezueli czy Argentyny w różnych momentach historycznych okazywały się podatne na kult silnego wodza, który rozwiąże wszystkie problemy. Wódz raz miał twarz lewicową, raz prawicową, metody jednak pozostawały przeważnie te same niezależnie od opcji politycznej. Dlatego nie ma kraju w regionie, który nie cierpiałby z powodu terroru tej czy innej junty.
W swojej (świetnej) książce "Wściekłość i wstyd" Adam Michnik pisze:
O zbrodniach latynoamerykańskich dyktatorów trzeba pamiętać. Trzeba potępiać jednakowo ciemiężycieli prawicowych jak i lewicowych tak jak z jednakową życzliwością jednych i drugich traktował np. poprzedni papież. Wielbiony (czczony?) bezkrytycznie Jan Paweł II odwiedzał bowiem i Fidela Castro i Augusto Pinocheta i aż dziw bierze, że nie jest za to osądzany tą samą miarą co ZCHN-owcy Niesiołowski i Kamiński. Tą samą miarą powinni być jednocześnie sądzeni ci, którzy próbują przedstawiać kubański reżim w lepszym świetle niż na to zasługuje. Koncesjonowanie terroru to swoisty współudział. Castro odchodzi i bardzo dobrze, teraz wypada mieć nadzieję, że jego naśladowcy jak Hugo Chavez i Evo Morales nie będą zyt pojętnymi uczniami.
wtorek, 29 stycznia 2008
Żałoba po żałobach
Najpierw był Jan Paweł II, o którym jest jeszcze głośniej, od kiedy umarł. Potem była hala w Katowicach. Dalej górnicy w Halembie i pielgrzymi we Francji. Niedawno skończyła się piąta w ciągu trzech lat żałoba narodowa, tym razem po wojskowych, którzy zginęli w katastrofie lotniczej. Ogłaszanie ogólnokrajowej smuty stało się główną aktywnością prezydenta Kaczyńskiego, przez co instytucja żałoby narodowej dewaluuje się szybciej niż dolar. Brat Lech wydaje się czuc najlepiej w sytuacjach przygnębiających. Im większa tragedia z tym większym uwielbieniem oddaje się on celebrowaniu narodowego cierpiętnictwa. Jedynym problemem dla prezydenta może jednak byc, że tak naprawdę dziś prawdziwych tragedii nie ma. Intencje Lecha Kaczyńskiego są łatwe do odczytania nawet dla tych, którzy jeszcze widzą sens w kolejnych umartwieniach. Politycy PiS pozują na bliskich sprawom tzw. "zwykłych ludzi" stąd podnoszenie do rangi wydarzeń niezwykłych sytuacji, które tak naprawdę należą do codzienności. Może to procentowac zwłaszcza w czasach władzy Platformy Obywatelskiej, która w konfrontacji z np. wiecznie niezadowolonymi strajkującymi górnikami może wydawac się nieczuła na potrzeby społeczeństwa. Tymczasem kierując się wyraźnym politycznym interesem prezydent stara się wysłac prosty sygnał "patrzcie, jacy jesteście dla mnie ważni". Przez następne trzy dni w gazetach, internecie i telewizji jesteśmy zalewani wymuszoną posępnością. By sparafrazowac Jacka Kurskiego, "ciemny lud to kupuje". Z żałobą jak z pieniędzmi. Gdy jest jej za dużo, traci na wartości. Zwłaszcza, jeśli ogłaszana jest w sytuacjach nieprzystających do jej rangi. W zamyśle twórców regulującej ją ustawy z 1980 roku ma ona byc ogłaszana po wydarzeniach wyjątkowych. W czasie obu kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego żałobę narodową ogłoszono sześc razy. Lech Kaczyński zdążył wprowadzic ją już cztery razy, a mamy z głowy dopiero połowę jego pierwszej (i miejmy nadzieję, ostatniej) kadencji. Jestem daleki od bagatelizowania tragedii rodzin zmarłych w niedawnej katastrofie. Każda śmierc to dramat najbliższych. Dlatego np. oddałem krew dla uratowanych spod gruzów hali w Katowicach. Pytanie jednak, kiedy należy włączac w opłakiwanie zmarłych całe społeczeństwo. Wyrachowanie obliczone na słupki poparcia to kiepska motywacja, która jest uwłaczająca dla pamięci o zmarłych. Byc może lepszym pomysłem byłoby finansowe wsparcie dla rodzin, które jest częściej obiecywane niż rzeczywiście przekazywane.
czwartek, 17 stycznia 2008
Prezydent promuje Palikota
Kolega "po klawiaturze", Janusz Palikot, poseł PO, znalazł świetny sposób na autoreklamę. Podpadł prezydentowi. Nie jest to może szczególnie trudne, bo i jemu, i bratu prezydenta co i rusz podpada kto inny. Liczy się jednak wykonanie, a to jest (nie bójmy się tego słowa) perfekcyjne. Lubelski gorzelnik zadał w swoim blogu pytanie, które dotyczyło tego, na czym poseł-milioner zna się najlepiej, czyli alkoholu. Nagle okazało się, że nie trzeba wcale napisac jakoby prezydent był alkoholikiem, aby kimś zainteresował się prokurator. Wystarczy o to zapytac. "Mury, za którymi chowa się władza stopniowo kruszą się i pękają", pisał w "Szachinszachu" Kapuściński. Trudno przewidziec, kiedy nastąpi to w Polsce, ale pewne jest, że prezydent Kaczyński budowac mury wyjątkowo lubi. I dosłownie, i w przenośni. Gdyby tak poprzestał na odgradzaniu się od społeczeństwa w swoim ośrodku wypoczynkowym, wszystko byłoby w porządku. Tymczasem trudno nazwac normalną sytuację, w której prezydent nerwowo reaguje na wpis na jakimśtam blogu, chocby i był to blog posła z przeciwnego obozu. Na nogi została postawiona prezydencka kancelaria, samemu Palikotowi oberwało się od władz jego partii i zamyka blog. Co gorsza, nawet politycy będący w zdecydowanej opozycji do braci Kaczyńskich uznali, że pytanie Palikota było niestosowne. Zaskoczył mnie taki np. Marek Balicki, były minister zdrowia w rządzie Marka Belki, który stwierdził, że jego zdaniem platformerski bloger przesadził. W ramach polskiej, osobliwej wolności słowa nie mieści się najwyraźniej proste pytanie obywatela o stan zdrowia przywódcy kraju. Może była to troska, a może po prostu poseł Palikot szukał nowego rynku dla swojego Polmosu. Tak czy owak, kancelaria prezydenta powinna wyciągnąc wnioski z obecnie nadmuchanej afery. Czekam na oficjalną publikację zawierającą spis pytań, których prezydentowi zadawac nie wolno. Po co wprowadzac w społeczeństwie uczucie niepewności? Może lepiej za jednym zamachem zakazac pytania prezydenta o cokolwiek. Gdyby Zbigniew Ziobro był jeszcze ministrem, moglibyśmy się spodziewac filmów z wyprowadzanym w kajdankach nieszczęśnikiem, który popełnił tę nieostrożnośc, że np. zapytał Lecha Kaczyńskiego, jak się czuje. Prezydent Kaczyński powoli się uczy. Pamiętam, że w 2005 roku to on rozreklamował na cały kraj warszawską Paradę Równości. Dziś to on napędził posłowi Palikotowi rekordowych (100 tys. wejśc w niedzielę) odwiedzin blogu. Z reakcji prezydenta przebija wyraźnie agresja, która wydaje się byc w charakter braci Kaczyńskich nierozerwalnie wpisana. To agresja właśnie każe mu reagowac, gdy tak naprawdę lepiej siedziec cicho. Obok niby-kontrowersyjnego pytania Janusza Palikota nie przeszedłby pies z kulawą nogą, gdyby nie błyskawiczna reakcja pałacu prezydenckiego. To wyraźna wskazówka dla antypisowskich blogerów: jeśli chcemy zwiększyc ruch na naszych dziennikach, musimy koniecznie sprawic, by prezydent lub ktoś z jego otoczenia poczuł się obrażony. Zadanie niby proste, a proszę, jak procentuje. |